poniedziałek, 22 lutego 2016

David Nicholls - "Jeden dzień"

„Jeden dzień” to powieść obyczajowa, która – nie bójmy się tego stwierdzenia – jest przede wszystkim romansem. Tu niespodzianka - romansem utrzymanym w dobrym stylu.  Da się? Da się.

Głównych bohaterów, Emmę i Dextera, dzieli niemal wszystko. Pochodzenie, podejście do życia, plany na przyszłość… Łączy ich za to jedno wspomnienie – wspólna noc po ceremonii zakończenia studiów. Czy jeden dzień wystarczy, by związać się z drugą osobą na całe życie? Czy istnieją relacje, których nie zabija upływający czas?

Podobał mi się styl autora. Choć pisze lekko, to jest w tym jakaś doza inteligencji. Nienatarczywej, nieprzesadzonej. Może Nicholls nie rzuca mądrościami życiowymi na lewo i prawo, ale książce brakuje typowej infantylności, która kojarzy mi się z romansami.

Główni bohaterowie – dwa przeciwieństwa. Zdecydowanie niepapierowi. Od początku wyraziści, ale zmieniający się wraz z upływem kolejnych lat. Momentami zbyt groteskowi, ale nie na tyle, by ich „nie kupić”. Nie na tyle, by w nich nie uwierzyć.

Fabuła… Cóż – sympatyczna. I ciężko jest powiedzieć coś więcej. Zaskakująca? Niekoniecznie. Nie jest wadą powieści obyczajowej, że nie ma w niej UFO, technologii z przyszłości ani dinozaurów. Wydaje mi się jednak, że dość znaczna część odbiorców mogła spodziewać się niektórych zwrotów akcji. Czy to źle? Nie. Bywają jednak powieści obyczajowe, które stonowane tempo akcji i pewną przewidywalność ukrywają pod potężnym ładunkiem emocji. Wbijają w mózg igły, sypią sól do oczu i wywracają światopogląd na lewą stronę. „Jeden dzień” może wprawdzie zmotywować czytelnika do działania, ale efekt będzie raczej krótkotrwały.   

Ktoś, kto przeczytał „Samotność liczb pierwszych”, nigdy nie będzie w stanie zachwycić się „Jednym dniem”. Choć powieści nie są identyczne, nie da się uniknąć porównań. A w wyniku tych, niestety, „Jeden dzień” wypada jakby bardziej cherlawo i mniej kusząco. Nie oznacza to jednak, że to słaba książka. Po prostu „Samotność liczb pierwszych” robi cuda z sercem i umysłem, których „Jeden dzień” zrobić nie potrafi.

sobota, 6 lutego 2016

Daniëlle Hermans - "Tulipanowy wirus"

Ta książka jest czerstwa jak tygodniowy razowiec. Wydawca krzyczy z okładki, że rzekomo jest to „światowy bestseller dla wszystkich fanów Dana Browna”. Ktoś, kto to wymyślił, albo nie przeczytał „Tulipanowego wirusa”, albo ani jednej powieści Browna.

Słów kilka o fabule. Godzina 5:30 nad ranem. Alek dostaje dziwny telefon od wuja. Zaniepokojony udaje się do niego do domu, by zastać tam Franka w stanie agonalnym. Umierający ma przy sobie starą księgę o tulipanach. Czy to klucz do zagadki? Czy księga pozwoli wyjaśnić tajemnicę śmierci wuja?

Historia biegnie dwutorowo, bo wydarzenia z roku 2007 przeplatają się z flashbackami do wieku XVII. Tu również mamy morderstwo, tajemnicę i – oczywiście – tulipany.

Pierwsze i najważniejsze - autorka. Nie. Umie. Konstruować. Postaci. Pisze ich historię, dodaje im przeszłość, wciska je w przeróżne relacje i… to wszystko. Nie uwierzyłam w ani jednego bohatera. Żaden nie był autentyczny. Wpychanie do tekstu szczegółowych opisów gestów, przemyśleń i spostrzeżeń zwykle sprawia, że postacie wydają się być prawdziwe. Tu wyszło to niemal groteskowo. Momentami nagromadzenie detali tak spowalnia akcję, że człowiek ma ochotę zasnąć. Innym znów razem zupełnie takich smaczków brakuje i mamy do czynienia z czymś na kształt suchego sprawozdania.
 
Tylko dziś w "Trudnych sprawach" - syndrom obcych mięśni.
 
Ileż autentyczności w ich wulgaryzmach!

Historia z warstwy współczesnej w ogóle mnie nie wciągnęła. Do tego stopnia, że wszelkie zwroty akcji były mi całkowicie obojętne. Decyzje i zachowania bohaterów, momentami koszmarnie irracjonalne, powodowały szereg jakichś następstw. No dobra, przyjęłam. Czy mnie to jakoś przejęło? Niestety, wynudziłam się jak mops (a nawet trochę zirytowałam, że marnuję czas). Nieco ciekawsze były rozdziały retrospektywne, ale i te nie stanowią wirtuozerii słowa pisanego.
 
Ponieważ tylko w książkach mamy kąty proste i tylko książki są z papieru.
 
Też przyklasnęłabym komuś, kto przed mordercą kazałby mi spierdzielać do pułapki otoczonej ze wszystkich stron wodą.
 
Wróćmy do szumnego porównania „Tulipanowego wirusa” z książkami Browna. Gdyby Brown pisał tak słabo, w życiu nie sięgnęłabym po kolejną jego książkę. Tymczasem nie zaliczyłam jedynie „Cyfrowej Twierdzy”, a i to wyłącznie dlatego, że nie było ku temu okazji. Czy powieści Browna są wybitne? A skąd. Gość pisze pod publiczkę i to widać. Ale umie przyciągnąć uwagę czytelnika. Umie zaciekawić. Sprawia, że odbiorca chce wiedzieć, co będzie dalej, chociaż i tak przeczuwa, jak się to wszystko skończy. Tu… No cóż. Nudny wątek współczesny, papierowe postacie i ich przerysowane reakcje jedynie męczą.

Zupełny brak chemii między mną a tą powieścią rekompensują tylko ciekawostki historyczne o tulipomanii, o wirusie pstrości i o cebulce Semper Augustus. Na plus można policzyć również wydanie, które wywołuje przyjemne wrażenia estetyczne (chociaż z jednym wyjątkiem: numeracjo stron na bocznych marginesach – giń!). Całość to wg mnie takie 3/10 i choć nie jest to kaszana, to raczej nie pokusiłabym się o lekturę kolejnej książki Daniëlle Hermans.
 
 


Ogłoszenia duszpasterskie:
1) Przepraszam za jakość zdjęć - nie mam obecnie dostępu do własnego komputera i programów graficznych.
2) Wybaczcie długą absencję. Zajmuję się szeroko pojętym życiem. Moje milczenie jeszcze trochę potrwa, więc uprasza się o niehisteryzowanie. Dzięki za cierpliwość ;)

sobota, 26 grudnia 2015

Graham Masterton - "Szatańskie włosy" [Kaszana Czelendż 4/2015]

To było najdłuższe 176 stron, jakie było mi dane w życiu czytać. „Szatańskie włosy” („dosłowne” tłumaczenie z angielskiego „Hair Raiser” ;)) to prawdziwe piekło. I nie mam na myśli tego, co przeżywa główna bohaterka. Czytelnik męczy się myljon razy bardziej.

Powieść opowiada o Kelly – młodej dziewczynie, która przysposabia się do zawodu fryzjerki. Zanim jednak będzie mogła tworzyć efektowne fryzury, musi przejść standardowe męki nowicjusza. Sprząta więc salon fryzjerski i wynosi torby z włosami do piwnicy. Podczas jednej z takich piwnicznych eskapad przytrafia się jej coś dziwnego.

„Poklepała torbę i tym razem była całkiem pewna, że poczuła ruch. Boże, spraw, żeby nie był to wielki, włochaty szczur - modliła się w myśli. Nie zniosę widoku tłustego, brązowego szczura kanalizacyjnego z długim gołym ogonem, czerwonymi ślepiami i żółtymi zębami.” Nie bój się. To tylko diabeł, który sprawi, że włosy klientów się w ciebie wbiją i przez to zyskasz nadludzką siłę oraz będziesz współwinna kilku zabójstw. Możesz spać spokojnie.

W końcu Kelly ogarnia, że coś jest nie halo. Włosy klientów, które wbiły jej się w rękę, nie dają się wyrwać, a do tego ciągle rosną. Lekarze się bezradni, a dziewoja coraz bardziej zestrachana. Z pomocą przychodzi jedna z klientek salonu, która spotkała się już z takim zjawiskiem.

„ W kręgach ludzi zajmujących się magią takie włosy noszą nazwę szatańskich.
 (…) Porastają one kogoś, kto wszedł w kontakt z czymś lub kimś bardzo złym, często tak złym, że nawet piekło go nie chce. Rozumiesz, o czym mówię?” 
Nie do końca. W zasadzie chyba nie rozumie tego nawet sam Masterton...

Kelly wciąż nie wierzy w tę historię, ale postanawia podzielić się obawami ze swoim partnerem życiowym.

„ Chodzi o moją rękę, Ned. Robi różne rzeczy, a ja wcale nie chcę, żeby je robiła.” 
I see what you did there! ;)

Ned wtajemniczony. Kiedy po raz kolejny dochodzi do dziwnych sytuacji z piwnicą, Kelly ściąga go do salonu, a włosy… Cóż, włosy formują się w węża. Jak wszystkie włosy, którym się nudzi na studniówce, weselu czy innym spędzie. Wielkie mi mecyje. Ned postanawia dać Kelly radę.

„Kelly, posłuchaj mnie. Spokojnie. Tu, u was, w Siz-zuz, dzieje się coś dziwnego. Coś, co cię śmiertelnie wystraszyło. Co masz zamiar zrobić? Chcesz bać się ciągle i uciekać? Rzucić pracę?” 
No gdzie! Może ją zeżreć wąż uformowany z odciętych klientom włosów, ale roboty ma się trzymać! KURCZOWO! Ciężkie czasy, rynek pracodawcy…

Nasi bohaterowie uznają też, że nie warto wzywać policji.

„Pomyśleliby, że robisz sobie z nich żarty. Zastanów się tylko, czy sama uwierzyłabyś komuś, kto próbowałby cię przekonać, że ścigał go wąż z włosów, obciętych ludziom u fryzjera?” Nie uwierzyłabym. Ale najwidoczniej autor ma nadzieję, że ktoś jednak uwierzy.

Policja nie zostaje powiadomiona, a Kelly lewą ręką (tą owłosioną) dusi sama siebie przez sen. To też nie jest powód, żeby zwrócić się do władz. Tymczasem mieszkaniec piwnicy w salonie znowu daje o sobie znać.

„Nie, nie, na pewno mi się wydawało, pomyślała. Wyobraziłam sobie to wszystko, od samego początku. Ale kiedy weszła na pierwszy stopień schodów, znów usłyszała ten głos i tym razem była przekonana, że to nie jest jej wyobraźnia.
 Beelzebub... l'un de plus grands malheurs... ilestoit froid comme la glace...” 
O, widzicie - Belzebub. Nieznajomy się przedstawił, teraz już będzie z górki - wystarczy egzorcyzmować i już można wracać do kręcenia klientkom loków.

Kelly postanawia udać się do klientki, która powiedziała jej o szatańskich włosach. Z prośbą o fachową pomoc, rzecz jasna.

„Postanowiłaś przyjść tu, zobaczyć się ze mną. To była właściwa decyzja. Nie mogłaś zrobić nic lepszego. Och, oczywiście, odwiedzaj sobie wszystkich lekarzy świata, ale żaden z nich ci nie pomoże. Nie pomoże ci elektroliza, nie pomoże chirurgia, nie pomoże radioterapia. Fizycznie jesteś zdrowa, nie na tym polega twój problem. Twój problem to spotkanie ze złem.” Uwaga! Znaleźliśmy jedyną osobę na świecie, której matka nie kazała uważać na to, z kim się spotyka! Można robić zdjęcia, płatność przy wyjściu.

„Zamilkła na chwilę, nadal jednak głaskała i delikatnie pociągała włosy na ręce Kelly.
-Kiedy się pojawiły? ? spytała.
-Zaledwie dwa, trzy dni temu. To zwykłe, normalne włosy, zmiecione z podłogi naszego salonu, ale przyczepiły się jakoś do mnie i rosną.
-Stało się tak dlatego, że ktoś wymówił nad nimi zaklęcie. Ktoś powołał je do życia. Zamienił zwykłe włosy w szatańskie.” 
Oto przepis na szatańskie włosy. Potrawę należy przyrządzać jedynie pod nadzorem szamanów lub wiedźm.

„Panna Paleforth wyrecytowała głośno:
 -Skóra, paznokcie, włosy, pierścienie, odejdźcie w świat śmierci, gdzie wasze miejsce!”
To nie może być skuteczne, nawet się nie rymuje…

„Potrząsała rumem w szklance coraz gwałtowniej, coraz bardziej energicznie, powtarzając przy tym coraz szybciej i szybciej wypowiedziane wcześniej słowa. Po chwili pstryknęła zapalniczką i podpaliła alkohol.
Kiedy rum zaczął palić się niebieskim płomieniem, panna Paleforth bez ostrzeżenia wylała go na przegub dłoni Kelly, mówiąc jednocześnie: „Szatanie, odejdź!".”
A Szatan posłuchał, bo z natury był uległy… 

„Dziewczyna krzyknęła przeraźliwie. Cała jej dłoń stanęła w ogniu. Widziała, jak włosy płoną i kurczą się; ból był straszny, wyrwała więc rękę z dłoni panny Paleforth i zaczęła nią gorączkowo machać. Płomienie wzbijały się w powietrze i syczały przy każdym jej ruchu. Niemal dostała ataku histerii, lecz panna Paleforth zachowała niewzruszony spokój.”
Bo to nie jej ręka się jarała?

„Po krótkiej chwili wstała, podeszła do zlewu, namoczyła ręcznik, wróciła do Kelly i owinęła go mocno wokół jej ręki.
- Nic ci nie będzie - powtórzyła kilkakrotnie łagodnym, uspokajającym głosem. -Nic ci nie będzie. Zrobiłaś, co chciałaś. Pozbyłaś się włosów.”
Tak. O mało co – wszystkich, łącznie z nagłownymi.

Tak się jednak składa, że Belzebubek nie został wykończony, a odpowiedzialny za jego przechowywanie jest – surprise, surprise – właściciel salonu (szef Kelly), na którego od początku padały podejrzenia. Jako że w międzyczasie dochodzi do kilku morderstw, Kelly bierze kumpla z pracy i włamują się do mieszkania przełożonego, żeby znaleźć jakieś dowody obciążające szefa (od tej pory możecie o sobie myśleć jak o perfekcyjnych pracownikach!). Oczywiście coś idzie nie tak. Zjawia się nasze włochate bydlę.

„Dziewczyna była niemal pewna, że słyszy szelest szponów, przesuwających się po wykładzinie. I wydawało jej się, że czuje obrzydliwy, mdlący zapach, przypominający fetor rozkładających się kurczaków, marynowanych w zgniłej wodzie po kwiatach.” 
Dzięki za opis zapachu! To mi pozwoli lepiej go sobie wyobrazić! Szkoda tylko, że za cholerę nie wiem, jak pachną rozkładające się kurczaki marynowane w zgniłej wodzie po kwiatach. Choć domyślam się, że gdybym stworzyła taką świecę zapachową, to sprzedałaby się w tysiącach sztuk.

Kevin (kumpel z roboty) ginie, Kelly wychodzi z tego cało, opętany szef ucieka. Dziewczyna ma rozmowę z detektywem.

„-A jak pan sądzi, kiedy ja będę mogła wrócić do domu? - spytała Kelly.
- Musisz poczekać, aż złapiemy tego łobuza.”
Łobuza, urwipołcia, huncwota… Pan detektyw jest bardzo delikatny.

„-Przeze mnie zginął Kevin, musiałam wyprowadzić się z domu i nie mam już pracy.
Detektyw Brough pokiwał głową.
- Najważniejsze, żebyśmy go znaleźli - powiedział.”
Pewnie. Walić Kevina. 

Szefuńcio został ostatecznie zwabiony i pokonany. Tak, dał się złapać w pułapkę rodem ze Scooby-Doo. Zła całkowicie wyplenić się nie da, więc Belzebub hasa sobie wesoło po salonach fryzjerskich do dziś. Końcówka urąga inteligencji czytelnika i nie będę o niej nawet szczegółowo pisać, bo żal mi samej siebie, że przez to przeszłam.

Zanim jednak dotarłam do finiszu, autor zgotował mi kilka innych smaczków.
1) Kelly przychodzi do sąsiadki, która okazuje się być martwa. Dziewczyna zostaje ostrzeżona, żeby nie patrzeć na ciało, ale do pokoju ze zwłokami wchodzi kot! Żeby uratować kota (nie wiem, przed czym – przed patrzeniem?), Kelly włazi do pomieszczenia i oczywiście gapi się na ciało. Brawo! 
2) Chociaż główna bohaterka wielokrotnie znajduje się w miejscu zabójstw, policja ani razu jej nie podejrzewa. Czemu? Nie wiem, widocznie wszyscy funkcjonariusze na nią lecą, bo innego wytłumaczenia nie widzę.
3) Kelly ryzykuje życie nie tylko swoje, ale też swoich przyjaciół i przez własną głupotę ściąga na nich nieszczęścia. A ostatecznie wychodzi na bohaterkę. I TAK SIĘ ROBI KARYJERĘ.

To było moje pierwsze spotkanie z Mastertonem i do tej pory mam wrażenie, że gość zrobił czytelnikom jakiś chory żart. Ani to sensowne, ani śmieszne, ani budzące grozę. Może tricho- lub chetofobików ruszyło, mnie nie. W dodatku cały czas miałam wrażenie, że czytam tekst Kinga (i to Kinga w jego najgorszej formie). Nie, nie i jeszcze raz nie. A do Mastertona na bank nie wrócę.


Korzystając z okazji chciałabym zaznaczyć, że to ostatnia edycja Kaszany, w której biorę udział. Z powodów prywatnych i zawodowych mam coraz mniej czasu na czytanie i nie byłoby sensowne, gdybym przeznaczała go na Kaszany. Niemniej jednak dziękuję blogerom w niedoli oraz wszystkim tym, którym spodobała się chociaż jedna recka zrodzona z tego wyzwania czytelniczego. Niczego w życiu nie żałuję! ;)


piątek, 25 grudnia 2015

Jennifer A. Nielsen - "Fałszywy książę"

Ta pozycja jest bardziej uzależniająca niż świąteczne pierniki i rumowe kuleczki razem wzięte!

Poznajcie głównego bohatera, Sage. Chłopak jest sierotą. Wkurzającym, bezczelnym gnojkiem o lepkich rączkach. W sierocińcu się nie przelewa, więc zdarza mu się zakosić jedzenie. Podczas jednego z takich mało eleganckich „polowań” Sage wpada. Powija mu się noga. Kiedy rozeźlony rzeźnik przymierza się do tego, żeby obić chłopakowi nastoletnią twarzyczkę (a przy okazji wszystkie inne części ciała), los puszcza do sieroty oko. Mężczyzna, który akurat znajduje się w pobliżu, ratuje naszego bohatera i wykupuje go ze sierocińca. Szybko okazuje się jednak, że Sage wpada z deszczu pod rynnę (a w zasadzie wpada do szamba). Zostaje bowiem uwikłany w przekręt na skalę całego królestwa. Conner, bo tak nazywa się tajemniczy wybawca, postanawia wykorzystać to, że w Carthyi zanosi się na wojnę domową. Chce zjednoczyć podzielone królestwo (a tak naprawdę pozyskać jeszcze większe wpływy), obsadzając na tronie fałszywego księcia. W tym celu zmusza czterech nastoletnich chłopców, by walczyli o rolę królewskiego potomka. Sage jest jednym ze „szczęśliwców”. I choć nie kręci go wizja zasiadania na tronie, nie ma innego wyjścia. Przegrani mogą stanowić zbyt duże zagrożenie, by pozwolić im odejść.

Książkę otwiera fantastyczny pierwszy akapit (fotka poniżej), po którym, niestety, ma miejsce mała literacka zapaść. Nie ma „wow” – ani językowo, ani fabularnie. Ponadto czytelnik ze strony na stronę ma coraz większe wrażenie, że gdzieś tam w tle unosi się duch „Księcia i żebraka”. Ten przykry niesmak dość szybko jednak znika. Autorka, choć pisze dość prostym językiem, potrafi przykuć do opowiadanej historii tak mocno, że nie da się oderwać od lektury. Jeśli zastanawiacie się, jak spędziłam kilka ostatnich wieczorów (które niespodziewanie zamieniły się w młode noce ;)), to odpowiedź jest taka, że nad tą powieścią właśnie. Historia wciąga jak tornado, a im więcej zawirowań pod koniec, tym robi się ciekawiej. Część rzeczy da się przewidzieć (bo dostajemy je niemal na tacy), części się nie da. Niektóre akcje są tak wydumane, że raczej nie miały prawa się zdarzyć, inne znów „wskakują” we właściwe miejsca w powieści i da się je logicznie uzasadnić. Odkrywczych, refleksyjnych sentencji się tu nie uświadczy, ale nie o to w książce chodziło. Tę powieść się chłonie, choć od początku do końca ma się wrażenie, że nie jest to arcydzieło.

Zaczyna się od trzęsienia ziemi, potem... jest różnie ;)

Wydaje mi się, że magia „Fałszywego księcia” polega na tym, iż jest to opowieść dla dużych dzieci. Nie na darmo przywołałam wcześniej „Księcia i żebraka” (choć dość szybko okazuje się, że autorka nie czerpała z powieści Twaina zbyt mocno, raczej można tu mówić jedynie o inspiracji). „Fałszywy książę” ma w sobie odrobinę magii, ale magii „niemagicznej” – takiej, której można utożsamiać z niewyobrażalnym szczęściem popartym sprytem głównego bohatera, nie zaś z czarami i wróżkami. Mamy tu średniowieczny klimat, ale dość „bajkowy” – nie ma tu opisów przygnębiających zamczysk ani średniowiecznego smrodu. Nawet kary i morderstwa nie są obrzydliwe (chociaż mogą mrozić krew w żyłach). Wszystko to powoduje, że książkę po prostu się łyka. A wywrotowa końcówka sprawia, że ma się  ją ochotę przeczytać jeszcze raz, żeby sprawić, czy wszystkie elementy układanki faktycznie do siebie pasują. 

Dawajcie mi tu drugą i trzecią część! Odczuwam potężne czytelnicze nienasycenie! Chcę jeszcze, ale już!

czwartek, 24 grudnia 2015

Boże Narodzenie 2015 - życzenia

Moi Drodzy!

Życzę Wam Świąt zdrowych i spokojnych. 
Niech będą pełne magii - magii, która otula ciepłem i miłością...
Abyście pod choinką znaleźli całe sterty książków, filmów i wszystkich innych -ów, które dają radość. :)
I niech każdy centymetr sześcienny Waszego domu pachnie pomarańczami i cynamonem.

Wesołych Świąt!

Ty Kąciku ;)


czwartek, 17 grudnia 2015

Janet Evanovich, Lee Goldberg - "Skok"

Czasem człowiek ma tak, że jak się raz sparzy, to drugi raz za nic nie spróbuje. Obojętnie, czy chodzi o książkę, dyscyplinę sportową czy egzotyczną potrawę. I wtedy przydaje się taka Lara (każdy powinien dysponować w swoim życiu przynajmniej jedną Larą, wierzcie mi), która z uśmiechem na twarzy i z entuzjazmem w serduchu podpycha sparzonemu człowiekowi pod nos niemal dokładnie to samo, ale inaczej opakowane, mówiąc: „Masz, to będzie dobre”. Co gorsze – ma rację. :)

„Skok” to książka, która czerpie całymi garściami z cyklu o Śliwce. Kto nie wie, o czym mówię, powinien szybko prześwietlić sylwetkę Janet Evanovich. Ta właśnie autorka popełniła już dwadzieścia dwie części przygód panny Plum. Jak niektórzy wiedzą, „zaliczyłam” dwie „Śliwki” i jakoś się z nimi nie pokochałam (choć część druga była znacznie lepsza od pierwszej). Tymczasem „Skok”… „Skok” jest dokładnie taki sam, a jednak inny. Może dlatego, że drugim autorem powieści jest Lee Goldberg, autor książek o detektywie Monku (niestety, nie było mi dane się z nimi zapoznać).

„Skok” jest komedią sensacyjną z dużą dozą romansu (który nie rozwija się szybko, ale wyraźnie wisi w powietrzu i nieco przygniata wszystkie inne wątki w książce). Z uwagi na te amory można uznać, że targetem książki są raczej babeczki w wieku 20+-30+, ale – uwaga! – wydaje mi się, że każdy może się przy niej dobrze bawić. Czemu? Ano temu, że w przeciwieństwie do serii „śliwkowej” tu mamy dwoje RÓWNOWAŻNYCH głównych bohaterów.

Postać męska to Nicolas Fox – światowej sławy kanciarz, który niejednego już wyprowadził w pole. Bezczelny, bez wyrzutów sumienia, zawsze potrafi się wyłgać. Ma tylko jeden słaby punkt – jest nim ścigająca go agentka Kate O’Hare. Lubi grać jej na nerwach, ale sam przed sobą przyznaje z niechęcią, że ta uzbrojona babeczka po prostu go kręci. Chemia, ewolucja i inne wkurzające siły sprawiają, że nie jest to uczucie nieodwzajemnione. ;) Tymczasem los chce, że ta dwójka musi zacząć ze sobą współpracować. Jest to szczególnie trudne – nie dość, że do tej pory nasi bohaterowie grali w przeciwnych drużynach, to jeszcze nigdy nie przebywali ze sobą tak blisko. Czy taka wystrzałowa mieszanka pociągu i nienawiści może zwiastować cokolwiek dobrego?

 To on! To ten Jedyny!

Wiem, wiem – to wszystko brzmi jak słabe romansidło dla kobit. I czasem się w nie zamienia. Nie jest to nic odkrywczego, nic rozwalającego, ale… powieść jest bardzo sympatyczna. Czytało mi się bardzo przyjemnie, bo akurat potrzebowałam czegoś na rozluźnienie. Momentami autorzy strasznie mieszają (a sceny sensacyjne nakreślone są z taką finezją i rozmachem, że człowiek nie wie, czy podziwiać, czy się zataczać jak rozchichrana norka). Mimo wszystko jest w książce jakiś urok, jakaś lekkość, które mogą się podobać.

It's funny, because he's a lawyer. ;)

Postanowiłam już, że będę się rozpieszczać kolejnymi częściami (a tak, tak, to początek całego cyklu). Marzy mi się też, żeby ktoś stworzył na postawie książki grę przygodową. Fabuła ma w sobie potencjał do takiego projektu.


niedziela, 29 listopada 2015

Double trouble

Wróóóciłam! Pewnie po to, żeby znowu zniknąć na dłużej. Nie psujmy jednak nastroju, cieszmy się chwilą! Dziś podwójna niespodzianka, bowiem błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli (że coś się tu jeszcze pojawi). ;)



Jonathan Lee - "Joy"

Pewnego dnia Joy, ambitna prawniczka pracująca w korporacji, spada z biurowego tarasu widokowego na nie mniej biurową posadzkę. Co doprowadziło do tak nieszczęśliwego wypadku? Czy istnieją choć najmniejsze szanse na happy end?

Książka była szumnie reklamowana jako „satyra na współczesne życie w biurze prawniczym, z kilkunastogodzinnym dniem pracy, olbrzymim stresem, tragikomicznymi rytuałami, flirtami i konfliktami, ale również do bólu prawdziwy obraz życia współczesnych trzydziestokilkulatków.” I ten właśnie opis sprawił, że po nią sięgnęłam. Cóż, głupia ja. Stara a głupia (strach pomyśleć, że lepiej już nie będzie ;)). Bardzo mało w tej książkowej korporacji klimatu korporacyjnego. Może się nie znam, może nie powinnam się wypowiadać, bo korporacji unikam bardziej uparcie niż owoców morza na talerzu, ale po prostu nie tego oczekiwałam. Choć eventy, meetingi i asapy przewijają się w tle, to nie są one głównym tematem książki.

Może co bystrzejsi już się domyślili, że głównym tematem książki pt. „Joy” jest.. prawniczka Joy! Spryciarze z was. ;) Otóż imię naszej bohaterki jest nieco przewrotne, bo radości w niej niewiele. Życie jej nie oszczędzało, ale sama też znacznie przyczyniła się do tego, że jej historia jest… nazywajmy rzeczy po imieniu – jest strasznie popieprzona. Joy ma wystarczająco wiele powodów, by skończyć ze sobą z własnej woli. Pikanterii dodaje fakt, że wiele osób miałoby ochotę jej w tym pomóc. I choć w tym momencie większość z was pomyślała pewnie, że pomysł na historię świetnie się broni, więc i treść musi być wciągająca, wyprowadzę was z błędu. Treść jest mocno przeciętna, a „Joy” to jedna z tych niewielu powieści, w której to forma zasługuje na słowa uznania.

Autor zaszalał i porwał się na „przeplatankę”. Rozdziały, w których opisywany jest świat z punktu widzenia Joy, przeplatają się ze świetnymi rozmowami Doktora Odd z pracownikami korporacji. Doktor jest terapeutą, który po traumatycznym wypadku Joy został zatrudniony przez korporację po to, by wspierać pozostałych korpobraci i korposiostry. I tu znów autor zasługuje na brawa – rozdziały z sesjami terapeutycznymi przypominają formę zapisków lub nagrań doktora. O jego istnieniu wiemy tylko z wypowiedzi rozmówców. Choć zwracają się do niego, jego wypowiedzi nigdy nie zostają przedstawione czytelnikowi.

Podsumowując: forma – super (i wcale nie mówimy o jej przeroście nad treścią). Szkoda jednak, że sama historia średnio zapada w pamięć. 


Frank Baum - "The Wonderful Wizard of Oz. Czarnoksiężnik z Krainy Oz" 
(wersja dwujęzyczna)

Dwujęzyczna wersja klasyki literatury. Strasznie dziwnie czyta się tę książkę „po latach”. Dziś streściłabym tę historię tak: „lekkomyślna dziewoja wskutek wypadku, jakiego doznała podczas cyklonu, ma potężny odlot. Podczas śpiączki wydaje jej się, że spotyka wiedźmy, wróżki i latające małpy, gada ze strachami na wróble, blaszanymi kukłami i lwami, a do tego nie ogarnia, że już powinna przechodzić młodzieńczy bunt i nie zgadzać się na sprzątanie kuchni wiedźmy. Jest nieprzytomna tak długo, że jej ciotka i wujek w tym czasie stawiają sobie nową chałupę”. Mamo, czy ja już dorosłam? ;)

Wersja anglojęzyczna (od razu mówię, że tylko ta mnie interesowała) – bardzo przystępna. Ja, po 6-7 latach przerwy od regularnego posługiwania się językiem angielskim (oglądanie seriali się nie liczy) nie miałam praktycznie żadnych problemów. Zwróciłam uwagę na smaczki w postaci idiomów i phrasali (moja lubić!), a w momencie, kiedy jakaś konstrukcja zdaniowa czy jakieś słówko wzbudziły moje zainteresowanie, sprawdzałam na bieżąco dokładne tłumaczenie na stronie sąsiadującej. Wydanie wygląda bowiem tak, że po otwarciu książki na stronie po lewej mamy tekst po angielsku, a na stronie prawej – identyczną partię tekstu po polsku. Ilustracje również są dublowane, ale wydawca zastosował lustrzane odbicie względem środka książki.

Książeczka ładna, estetyczna, dołączona do Newsweeka. Szału nie ma, ale za magazyn z „Czarnoksiężnikiem…” zapłaciłam łącznie 9,99. Wolałabym bez pisma, bo trochę mnie wymęczyło (nawet w artykule o rodzicach dzieci homoseksualnych możemy przeczytać, jakie straszne jest PiS…), ale na stronie wydawnictwa 44.pl, które jest odpowiedzialne za popełnienie dwujęzycznego wydania, sama książka kosztuje 11.76 zł (co pewnie należy podwyższyć o koszty dostawy). Polecam więc kupować z Newsweekiem. Poczytałam sobie przynajmniej o bakteriach odpornych na antybiotyki i o gwałtach dokonywanych na Polkach, bo – o ile dobrze kojarzę – tylko te artykuły były bezstronne politycznie. ;)